poniedziałek, 14 października 2013

Coming-out

Zdecydowałam, że napiszę o moim bardzo prywatnym i bolesnym doświadczeniu.
Podzielę się z Wami czymś, co często zachowuje się dla siebie, czasami dzieli się z najbliższymi.
Robię to, bo mam głębokie przekonanie, że dzieląc się jedynie dobrymi doświadczeniami, odbieramy sobie możliwość bycia ze sobą prawdziwie, możliwość głębokiego kontaktu z drugą osobą, odwracamy się od idei wspólnotowości.
I wrzucę to przez fb, bo on jest jednym z przejawów tego odwrotu - bo o czym na nim "mówimy"? Dzieci, śluby, ciekawe informacje, muzyka; jedynym przejawem pełnego życia na fb były dwie śmierci, które pojawiły się na tablicy.

Dzielę się z Wami tym, bo chcę, żebyście byli bliżej. I chcę sama być bliżej Was.
Nie musicie wcale "widocznie" reagować na to, co przeczytacie. Wiem, że będziecie o mnie myśleć :)

Półtora miesiąca temu byłam w 7. tygodniu ciąży. Byłam, tyle w temacie...
W pewien wrześniowy wieczór pożegnałam się z tymi kilkoma komórkami, które razem z Jaśkiem stworzyliśmy. Widziałam je, pogłaskałam na pożegnanie. I choć wiem, że to zupełnie normalne, naturalne i się zdarza, na pewnym poziomie mojego istnienia rozpadłam się jak pokruszony herbatnik. I zastanawiam się, jaka odwagą i nadzieją wykazują się ludzie, którzy próbują jeszcze raz, że nie wspomnę o tych, którzy decydują się na in vitro.

I dzielę się tym z Wami, bo marzę o takim świecie, w którym nie będziemy się witać słowami "wszystko dobrze", kiedy wcale dobrze nie jest. W którym coming-outy przestaną nimi być, wyjdą z szafy, jak to poczucie niepewności i lęku, pojawiające się u tych, którzy je usłyszą, bo nie wiedzą, jak zareagować.

Umiemy się cieszyć z innymi; czy pamiętamy, jak się z nimi smucić?
I to pytanie działa w obie strony - właśnie od września uczę się na nowo, jak się smucić niesamotnie.