Mała rzecz, a cieszy się ogromną popularnością. Ściskamy sobie dłonie po amerykańsku, jak w filmach nas nauczyli. Marudzę na tę kulturę, przepraszam - popkulturę stanową, ale wróćmy do źródeł i pomyślmy, w jaki narodowy sposób witają się Polacy i Polki we wszelkich możliwych nacjonalistycznie czystych konfiguracjach.
Polacy, i owszem, podają sobie dłonie, ale tylko mężczyźni. nie pamiętam żadnej książki o polskim sawłarwiwrze, która przedstawiałaby dwie damy podające sobie dłonie. Albo dwie mieszczanki, albo dwie chłopki.
Polki podają dłoń tylko panom i to jedynie wtedy, kiedy mają na to ochotę. Jak nie chcą kogoś dotykać, to rączyna ich słodka zostaje przy właścielce. Na amen.
A tu przychodzą nam z procedurami zachowania obcymi polskiej wychowanej duszy. I tak dziś, będąc goszczona przez dwie sympatyczne panie z pewnej firmy ubezpieczeniowej, otrzymałam cztery uściski dłoni wątpliwej jakości. No bo, na litość, jeśli ktoś już chce dotykać mojej dłoni, to niech jej dotknie! A dostały mi się dziwne podściski/przytrzymania/przytknięcia. Ani to pełne, ani przyjemne, ani...dające poczucie bezpieczeństwa.
I jak ja mam paniom uwierzyć, że panie mnie dobrze ubezpieczą, no jak?
Ile niechcianych się podać dłoni prześcisnęło się przez moje życie...
I nieustannie mnie to zadziwia. Że serdeczny uścisk stawia taki opór przed wymuszeniem. Że ludzie podają mi rękę i tym aktem dają mi do zrozumienia, że wcale nie chcieli jej podać. Że uścisk dłoni większość Polaków onieśmiela. Że to nadal obce. I że nadal próbujemy tym wzorcom sprostać.
Wolałabym, zamiast tych zimnych ryb lub wystraszonych ameb, które wkłada mi sie do ręki, dostać zwyczajny uśmiech i skinięcie głową. I żeby nieznajomi mężczyźni rozumieli, że kiedy podają im dłoń, to z powodu szacunku lub dlatego, że robią wyjątkowo dobre wrażenie. Albo że mam właśnie taki kaprys.
Szanownym Czytelnikom przesyłam ukłony. Szanowne Czytelniczki delikatnie cmokam w policzek. Raz :)
środa, 31 października 2012
sobota, 20 października 2012
Po sztuce
Po sztuce sztuki
W poszukiwaniu inspiracji, pomysłów i piękna znalazłam to:
(dorzucam linki, żeby mozna było pogrzebać dalej i bez mojej pomocy)
W poszukiwaniu inspiracji, pomysłów i piękna znalazłam to:
(dorzucam linki, żeby mozna było pogrzebać dalej i bez mojej pomocy)
By the way, uwielbiam sposób, w jaki gość się przedstawił.
Cytuję:
My name is Diego Fernandez, I´m a freelance illustrator from Buenos Aires, Argentina.
Nic dodać, nic ująć. O artyście mówi jego sztuka.
Ubóstwiam sztukę papierową.
Jasne, że coś znalazłam :)
I inne:
I dla będących dzieciakami:
Pięknego oglądania!
Jeździec i Słoń
"To wish you were someone else is to waste the person you are."- Sven Goran Eriksson
Dwóch braci ze Stanów, a jakże, napisało książkę "Klik!" (ang. Switch), w której zawarli swoje pomysły, rady i przykłady, w jaki sposób zmienić rzeczywistość. Skupili się głównie na zmianach organizacyjnych, ale na stronie internetowej dorzucili też siedemnastominutowe nagranie dotyczące zmian w naszym personal life.
Pomysł stary jak świat, przynajmniej indyjska jego część, ale wart odświeżenia.
Otóż nasz umysł składa się z Jeźdźca jadącego na Słoniu.
Jeździec to istota racjonalna i kontrolująca. Próbuje trzymać na wodzy Słonia i kierować nim.
Słoń to duża i kochana istota emocjonalna. Kieruje się (sama!) nastrojami i instynktami.
I te dwie istoty są ISTOTNE w procesie zmiany.
Panowie bracia podają znośną i akceptowalną przez wszytkich ilość dobrych rad - w postaci trzech na łebka - jak przemawiać do Jeźdźca i do Słonia, żeby wszystko działało sprawnie i successful.
I tak marnuję czas, oglądając Supersize v. Superskinny, który nota bene jest pięknym programem uzmysławiającym, że wszelkie ekstrema prowadzą do cierpienia, i sprawdzam, komu i w jaki sposób przemawiają do Słonia, a komu do Jeźdźca.
Są ludzie z dominującym Jeźdźcem, którym trzeba uzmysłowić, że Słonia nie trzeba się bać, że Słoń mądre zwierzę i że przyjemnie będzie przyjemnie z nim spędzać czas. Trzeba więc Słonia polubić, bo Słoń lubiany to najukochańsze i najbardziej oddane osobiste zwierzę świata.
Są tacy, nad którymi Słoń przejął kontrolę. Mają szalonego Słonia, najczęściej wielce smutnego, który z braku miłości ucieka w żywe oddanie (się) jedzeniu. W tym przypadku w programie najczęściej Słonia straszą i obrzydzają mu wszelkie dotychczasowe pyszności, aby się wziął obrzydził i przestał miłować coś, co faktycznie i realnie obrzydza mu życie.
Niektórzy, jak mój Małżonek, nazywają to obrzydliwą manipulacją. Inni, jak ja, przemyśl(a)nym podejściem do sprawy.
Jest jednak inna kwestia, która wielce mi się spodobała w wypowiedzi panów braci na temat zmiany.
Mówią tak:
przez tyle lat budowaliśmy nasze zwyczaje - palenia, objadania się, spędzania godzin w necie, grania, oglądania telewizji, niedojadania, wyładowywania agresji na innych, etc
dlaczego myślimy, że zmiana tych zwyczajów i zachowań odbędzie się nagle i za pierwszym razem skutecznie?
Skutecznym rzucaczom palenia udało się po 4-6 razach, nie po 1.
Oznacza to tylko tyle, że po pierwszych trzech razach nie sztuka :)
I kolejne trzy razy (i następne też) nie są powodem do rozpaczy i rzucenia wszystkiego w ciemną przepaść (a siebie wraz z nimi), jeno do dlaszej pracy i nieustawania w wysiłkach.
Wtedy, kiedy i Jeździec, i Słoń wiedzą i czują, że warto.
Inspiracyjnie:
Jak kochać Słonia?
(Odp.: BARDZO)
Dwóch braci ze Stanów, a jakże, napisało książkę "Klik!" (ang. Switch), w której zawarli swoje pomysły, rady i przykłady, w jaki sposób zmienić rzeczywistość. Skupili się głównie na zmianach organizacyjnych, ale na stronie internetowej dorzucili też siedemnastominutowe nagranie dotyczące zmian w naszym personal life.
Pomysł stary jak świat, przynajmniej indyjska jego część, ale wart odświeżenia.
Otóż nasz umysł składa się z Jeźdźca jadącego na Słoniu.
Jeździec to istota racjonalna i kontrolująca. Próbuje trzymać na wodzy Słonia i kierować nim.
Słoń to duża i kochana istota emocjonalna. Kieruje się (sama!) nastrojami i instynktami.
I te dwie istoty są ISTOTNE w procesie zmiany.
Panowie bracia podają znośną i akceptowalną przez wszytkich ilość dobrych rad - w postaci trzech na łebka - jak przemawiać do Jeźdźca i do Słonia, żeby wszystko działało sprawnie i successful.
I tak marnuję czas, oglądając Supersize v. Superskinny, który nota bene jest pięknym programem uzmysławiającym, że wszelkie ekstrema prowadzą do cierpienia, i sprawdzam, komu i w jaki sposób przemawiają do Słonia, a komu do Jeźdźca.
Są ludzie z dominującym Jeźdźcem, którym trzeba uzmysłowić, że Słonia nie trzeba się bać, że Słoń mądre zwierzę i że przyjemnie będzie przyjemnie z nim spędzać czas. Trzeba więc Słonia polubić, bo Słoń lubiany to najukochańsze i najbardziej oddane osobiste zwierzę świata.
Są tacy, nad którymi Słoń przejął kontrolę. Mają szalonego Słonia, najczęściej wielce smutnego, który z braku miłości ucieka w żywe oddanie (się) jedzeniu. W tym przypadku w programie najczęściej Słonia straszą i obrzydzają mu wszelkie dotychczasowe pyszności, aby się wziął obrzydził i przestał miłować coś, co faktycznie i realnie obrzydza mu życie.
Niektórzy, jak mój Małżonek, nazywają to obrzydliwą manipulacją. Inni, jak ja, przemyśl(a)nym podejściem do sprawy.
Jest jednak inna kwestia, która wielce mi się spodobała w wypowiedzi panów braci na temat zmiany.
Mówią tak:
przez tyle lat budowaliśmy nasze zwyczaje - palenia, objadania się, spędzania godzin w necie, grania, oglądania telewizji, niedojadania, wyładowywania agresji na innych, etc
dlaczego myślimy, że zmiana tych zwyczajów i zachowań odbędzie się nagle i za pierwszym razem skutecznie?
Skutecznym rzucaczom palenia udało się po 4-6 razach, nie po 1.
Oznacza to tylko tyle, że po pierwszych trzech razach nie sztuka :)
I kolejne trzy razy (i następne też) nie są powodem do rozpaczy i rzucenia wszystkiego w ciemną przepaść (a siebie wraz z nimi), jeno do dlaszej pracy i nieustawania w wysiłkach.
Wtedy, kiedy i Jeździec, i Słoń wiedzą i czują, że warto.
Inspiracyjnie:
Jak kochać Słonia?
(Odp.: BARDZO)
Oraz:
Zdjęć Jeźdźca nie wklejam, bo Jeźdźcy są nudni :P
:D:D:D:D
No, dobra. Nie są.
Ale Słonie rule.
poniedziałek, 15 października 2012
Niedoceniane
Mamy w Polsce zjawisko niedoceniane - drugie śniadanie.
Anglosasi i ich followers mają lunch, nasi bliscy południowcy Czesi w południe jedzą obiad. My, Polacy, mamy drugie śniadanie. Ile osób je drugie śniadanie? Ile osób je śniadanie? I nie mam na myśli kawy wypitej w truchcie pomiędzy łazienką a kuchnią.
Kilka razy w życiu doświadczyłam prawdziwego lunchu. Prawdziwego, bo z elementem amerykańskim, w postaci znajomego ze Stanów. Bez elementów anglopodobnych lunch nie jest lunchem, dlatego jeżeli chcecie mieć real lunch należy odśpiewać przed nim hymn amerykański lub chociaż zamruczeć God save the Queen! (or queer, if you like it :P). Jedno jest pewne - było to istne celebrowanie środka dnia. Lekki posiłek, przyjemna konwersacja, pełny relaks i regeneracja przed wyzwaniami popołudnia.
Ale po co nam modne lunche, kiedy mamy drugie śniadanie? Typowe szkolne: kanapka, owoc; dietetyczne: sałata, jogurt; wegetariańskie, ponadbiałkowe, na słodko, na słono, w pudełku, w torebce.
Ogłaszam zatem ponadnarodową akcję celebrowania drugich śniadań! Jeżeli nie jadasz pierwszego, nie szkodzi. Drugie się nie obrazi za pierwsze. Ważne, żeby się delektować tym, co w czasie między 11 a 13 ląduje w naszych ustach. Żeby usiąść choćby na minut pięć i w spokoju pożuć i przeżuć. Żeby zamienić kilka słów ciepłych i dobrych z osobą obok. Albo z samą/samym sobą. Uśmiechnąć się do słońca lub do żarówki, z braku laku. Też jest źródłem ciepła, należy się jej szacunek.
W kwestii wykonania jedzenia środkowodziennego królują Japończycy. Ich upodobanie do mikro spraw powoduje, że są w stanie stworzyć takie oto zdecydowanie zjadliwe dzieła:
Anglosasi i ich followers mają lunch, nasi bliscy południowcy Czesi w południe jedzą obiad. My, Polacy, mamy drugie śniadanie. Ile osób je drugie śniadanie? Ile osób je śniadanie? I nie mam na myśli kawy wypitej w truchcie pomiędzy łazienką a kuchnią.
Kilka razy w życiu doświadczyłam prawdziwego lunchu. Prawdziwego, bo z elementem amerykańskim, w postaci znajomego ze Stanów. Bez elementów anglopodobnych lunch nie jest lunchem, dlatego jeżeli chcecie mieć real lunch należy odśpiewać przed nim hymn amerykański lub chociaż zamruczeć God save the Queen! (or queer, if you like it :P). Jedno jest pewne - było to istne celebrowanie środka dnia. Lekki posiłek, przyjemna konwersacja, pełny relaks i regeneracja przed wyzwaniami popołudnia.
Ale po co nam modne lunche, kiedy mamy drugie śniadanie? Typowe szkolne: kanapka, owoc; dietetyczne: sałata, jogurt; wegetariańskie, ponadbiałkowe, na słodko, na słono, w pudełku, w torebce.
Ogłaszam zatem ponadnarodową akcję celebrowania drugich śniadań! Jeżeli nie jadasz pierwszego, nie szkodzi. Drugie się nie obrazi za pierwsze. Ważne, żeby się delektować tym, co w czasie między 11 a 13 ląduje w naszych ustach. Żeby usiąść choćby na minut pięć i w spokoju pożuć i przeżuć. Żeby zamienić kilka słów ciepłych i dobrych z osobą obok. Albo z samą/samym sobą. Uśmiechnąć się do słońca lub do żarówki, z braku laku. Też jest źródłem ciepła, należy się jej szacunek.
W kwestii wykonania jedzenia środkowodziennego królują Japończycy. Ich upodobanie do mikro spraw powoduje, że są w stanie stworzyć takie oto zdecydowanie zjadliwe dzieła:
Jak widać, nawet dla gadżeciarzy cos się znajdzie.
Dla amatorów form bardziej płaskich:
I nie mówcie, że to dla dzieci i wstyd z czymś takim pokazać się publicznie. Ci, co będą na Was patrzeć, bedą Wam zazdrościć. Żarliwie i z głębi dziecięcego serca, które cały czas w nich bije i odkąd pamięta chciało dostać taki posiłek.
A dla tych, którzy tak jak ja nie lubią zjadać rzeczy żywopodobnych (bo jak miałabym pochłonąć tak słodką owieczkę jak ta w pierwszym rzędzie z prawej?), proponuję taki mały zestawik:
To co? Umawiamy się jutro na drugie śniadanie? Tylko jak na razie wirtualnie, bo jestem po drugiej stronie Odry.
Apetycznej reszty dnia Wszystkim życzę :)
niedziela, 14 października 2012
Początek
Jest taki czas, kiedy trzeba zacząć, Kiedy kończą się wymówki, a zaczyna się reality. Która szczerze i oddanie bites, jak wiadomo.
Zaczynam pisanie na tym blogu z dwóch powodów:
uno: dawno temu zachęcała mnie do tego Tusia, zatem niech ma i czyta, jak obiecała;
due: czuję, że potrzebna jest mi inna forma wyrazu niż kartka, niechaj więc będzie kartka elektroniczna, przynajmniej odzwyczajone od pióra ręce będą mniej bolały.
Jest jescze inny, ukryty powód - łudzę się, że to, co opiszę, na coś się komuś przyda. I mam nadzieję, że nie będzie to wyłącznie student/ka filologii polskiej opisująca język blogosfery, chociaż i taki pożytek dobry.
Nazwa: tajemnicze ono. Jak znalazł do tego, czym chcę się zająć. Ciało, rodzaj gramatyczny nijaki, nijako się z nim komunikuje. Zapominamy o nim, ignorujemy je, próbujemy automatycznie kontrolować. Moje mówi "dość". Mówi wyraźnie i dużymi literami. I często, tak żebym zrozumiała i nie zapomniała. Próbowałam zapomnieć, ono powtarzało się.
Do mnie ono mówi migreną. Pięknie uporczywą, niedającą normalnie funcjonować, trzydniową migreną. Nie polecam nikomu. Chyba że ktoś ma trudność z docenieniem codzienności. Kiedy mija taki ból, jest się wdzięcznym za wszystko, co nim nie jest. Believe me, it's the deepest personal truth.
Inspiracja na dziś:
http://www.glasbergen.com/wp-content/gallery/mental/mh16.gif
Enjoy!
PS. Ono z jakiegoś powodu ma ochotę na fiolety i róże. Wygląd tego bloga jest wyrazem szacunku wobec tej potrzeby. Wyjaśniam, bo wielu osobom ten kolor działa na nerwy. Niezbyt pozytywnie. Give it the chance to be pink. A nuż się odmieni...
Zaczynam pisanie na tym blogu z dwóch powodów:
uno: dawno temu zachęcała mnie do tego Tusia, zatem niech ma i czyta, jak obiecała;
due: czuję, że potrzebna jest mi inna forma wyrazu niż kartka, niechaj więc będzie kartka elektroniczna, przynajmniej odzwyczajone od pióra ręce będą mniej bolały.
Jest jescze inny, ukryty powód - łudzę się, że to, co opiszę, na coś się komuś przyda. I mam nadzieję, że nie będzie to wyłącznie student/ka filologii polskiej opisująca język blogosfery, chociaż i taki pożytek dobry.
Nazwa: tajemnicze ono. Jak znalazł do tego, czym chcę się zająć. Ciało, rodzaj gramatyczny nijaki, nijako się z nim komunikuje. Zapominamy o nim, ignorujemy je, próbujemy automatycznie kontrolować. Moje mówi "dość". Mówi wyraźnie i dużymi literami. I często, tak żebym zrozumiała i nie zapomniała. Próbowałam zapomnieć, ono powtarzało się.
Do mnie ono mówi migreną. Pięknie uporczywą, niedającą normalnie funcjonować, trzydniową migreną. Nie polecam nikomu. Chyba że ktoś ma trudność z docenieniem codzienności. Kiedy mija taki ból, jest się wdzięcznym za wszystko, co nim nie jest. Believe me, it's the deepest personal truth.
Inspiracja na dziś:
http://www.glasbergen.com/wp-content/gallery/mental/mh16.gif
Enjoy!
PS. Ono z jakiegoś powodu ma ochotę na fiolety i róże. Wygląd tego bloga jest wyrazem szacunku wobec tej potrzeby. Wyjaśniam, bo wielu osobom ten kolor działa na nerwy. Niezbyt pozytywnie. Give it the chance to be pink. A nuż się odmieni...
Subskrybuj:
Posty (Atom)











